Anegdota z Podkarpacia

Za komuny żył sobie pewien chłop z podkarpackiego. Pochodził z biednej rodziny i codziennie na obiad jadł biały barszcz, tylko od święta z jajkiem, a na Wielkanoc czasem nawet na boczku robiony.
Chłop angażował się społecznie i politycznie. Został strażakiem w OSP, potem działaczem partyjnym, potem wójtem, a potem nawet nawet przewodniczącym lokalnego komitetu PZPR. Przez całą jego karierę towarzyszył mu barszcz, którego zdążył już szczerze znielubić. Tak się złożyło, że po ożenieniu się było jeszcze gorzej. Matka tego chłopa umiała bardzo dobrze gotować, ale jego luba już nie i biedny chłopina musiał niemal codziennie cierpieć przez marny i monotonny barszcz, bo po prostu nic innego wtedy nie było.
W końcu w życiu tego chłopa nadeszła odmiana. Został on wybrany na delegata na zjazd na KC PZPR i pierwszy raz w życiu opuszczał rodzinny powiat. Miał pojechać na kilka dni do Warszawy i dostał na ten wyjazd spory fundusz. Zdążając do stolicy postanowił zaraz po przyjeździe pójść do jakiejś drogiej restauracji i zamówić sobie coś pysznego.
Udał się do renomowanej dla partyjniaków restauracji i to go trochę przerosło. Speszył się obszernością karty menu i poprosił kelnera o przyniesienie zupy dnia. Restauracja, chcąc przypodoba się „ludowej” władzy, serwowała w tym czasie wiele specjałów kuchni narodowej. Zupą dnia był barszcz biały, na widok którego chłop złapał się za głowę i powiedział:
„Tyś sku***synu! Do Worszawy za mnom przyjechoł”!

Podobne Posty

Zostawić odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *